Literatura 
 
Pełnia
Stanisław Podwieczorek

Kroki wybijały monotonny i pusty rytm, odstraszając cienie i to, co czaiło się wewnątrz nich. Upiory chowały się w niedostępne dla tego świata miejsca. Wiedziały, że ta noc należy wyłącznie do jednego stworzenia.

Popękane kafelki chodnika lśniły mdłym księżycem. Ściany starych kamienic lśniły mdłym księżycem. Pot na twarzy lśnił mdłym księżycem.

Kroki wybijały monotonny i pusty rytm, odstraszając cienie i to, co czaiło się wewnątrz nich. Upiory chowały się w niedostępne dla tego świata miejsca. Wiedziały, że ta noc należy wyłącznie do jednego stworzenia.

Kot lustrował okolicę pionowymi źrenicami oczu. Podziwiał królestwo nocy, które zostanie zapomniane z pierwszymi promieniami słońca. W łapce trzymał listę przygotowaną dawno temu, jeszcze zanim człowiek po raz pierwszy mu się ukłonił. Na liście znajdowało się siedem lśniących czernią pozycji. Kot nie patrzył na nie. Znał je na pamięć.

Mur kościoła, na którym spoczywał, jeszcze oddawał ciepło. Beton wydawał się być miękki, jakby przez stulecia zaadaptował kształt wiecznego gościa. Kot zamruczał i spojrzał na niebo. Te chwile przed były jedynymi w jego długim życiu, które wprawiały go w zniecierpliwienie. Nie przepadał za tym uczuciem, ale je cenił. W perspektywie wszystkich chwil zdawało się być ziarnkiem pszenicy rzuconym na ziemię, które w momencie upadku obumiera. Tylko w takie noce jak ta patrzył w niebo, teraz jadeitowe z latarnią księżyca mrugającą jak żarówka, która zaraz się przepali.

Czuł bliską, słodką woń śmierci. Woń wydzielaną przez człowieka razem z potem rozmazującym się na twarzy. Człowiek nie znał jeszcze wyroku – może dlatego zatrzymał się, wyciągnął papierosa i zapalił. Po chwili smuga dymu uciekła z wiatrem, a razem z nią coś jeszcze – krew. Kot w zamyśleniu zakręcił jednym z wąsów i cicho miauknął.

Człowiek odwrócił głowę w jego stronę, zmarszczył brwi, uśmiechnął się pod złamanym nosem. Zobaczył kota, zobaczył czającą się w jego oczach śmierć, zobaczył listę i zrobił to, co wydawało mu się najbardziej stosowne.

Złożył głęboki i pełen szacunku ukłon.

Gdy podniósł się, kota już nie było na popękanym murze kościoła. Kot znajdował się wewnątrz, w sercu. Człowiek pionowymi źrenicami spojrzał na drogę prowadzącą do kościoła, na popękane kafelki prowadzące do wrót zapraszająco otwartych na oścież. Lista lekkością ciążyła w kieszeni.

Wnętrze tonęło w mroku ostrych krawędzi załamujących światło. Gotycki monumentalizm przygniatał niepraktycznością, ale mężczyzna obawiał się go tylko przez chwilę. Od razu skręcił na prawo i zaczął wspinać się, wchodząc po dwa, trzy stopnie w górę wieży, na szczycie której dzwon bił melodię katabasis. W niszach przebijały się witraże z granatowego szkła opowiadające historie, których człowiek nie miał siły przeczytać. Było też światło świec. Nikłe. I niezauważalne.

Stopnie były śliskie, a bibułka, z której utkano papieros, szorstka w dotyku. Mężczyzna dzielił w tej chwili świat na dwoje, a popiół z papierosa, jeszcze pełen żaru, ale już biały i bez życia, opadał w dół na noski brudnych butów. Miał wrażenie, że na nich ciemność rozróżnia inny odcień, w którym można dostrzec wspomnienie, błysk jakiejś ważnej idei. Ale błysk, ten prawdziwy, przyszedł z innej strony.

Klamka, żeliwna i staroświecka, należała do drzwiczek wielkości dłoni. Bez oporu ustąpiła pod dotykiem mężczyzny, jakby roztopiła się pod wpływem wilgotnego ciepła. Skrzypnęły zawiasy, wyrosła kolejna nisza, a w niej – sznurek z jednym supełkiem. Pociągnął za niego.

Noski butów podskoczyły, zafalowały i opadały na podłogę salonu, w którym kilka osób słuchało Chopina.

Część osób była bez twarzy, w ich miejscu straszyły bezkresne cienie, które oczekiwały jedynie milczenia. Inni, choć fizys mieli nienaruszone, odwracali spojrzenia i dla mężczyzny dostępni byli tylko z profilu. Bali się. Tylko dwie spośród nich obdarzały go uwagą oczu. W jednych dostrzegał litość, w drugich: lękliwą swobodę.

Siedział na podłodze z głową opartą o skórzaną kanapę, w granatowym pokoju ze słonecznikami Van Gogha na jednej ze ścian. Czuł nacisk na lewym ramieniu, nacisk wynikający z litości i potrzeby zbawienia, które miało zabrać go w jakieś lepsze miejsce, gdzie słoneczniki Van Gogha nie były tak widoczne, Chopin był nieco cichszy, a ściany miały przyjaźniejszy kolor. Mówiła mu o miłości, która była, a której już nie ma, bo nie mogła być. Skończyła się, bo cierpliwości starczyło tylko do pewnego momentu, lecz nikt nie wiedział, do którego dokładnie. Winę ponosili oboje, lecz większą, mimo wszystko, nieobecny. Właśnie przez tę nieobecność. Coś musiało wypełnić pustkę po jego zniknięciu i na razie, ze względu na niezabliźnioną ranę, była to wina. Ale to mogło się przecież lada chwila zmienić. Stąd ucisk na ramieniu. Stąd litość w oczach.

Jednak po drugiej stronie, rozparte na kanapie, było drugie ciało. Drugie bijące serce i ręka wyrzucona przed siebie nonszalancko, z długimi palcami zaciskającymi się, jak pajęczyna, na szklance z ginem i tonikiem. Pięć palców wycelowanych tylko w niego, skazujących go na niepewność, która go podniecała. W tej pozie, w tych palcach nie było współczucia, była tylko pogarda dla ciała opartego o lewe ramię mężczyzny. Pogarda prześmiewcza i dziecinna. Pogarda, która ma w zwyczaju wygrywać i która wie, że wygrywać będzie.

Mężczyzna nabrał powietrza w płuca, zamyślił się w teatralnym skupieniu i odpowiedział na pytanie lewego ramienia.

- Żaden z pomysłów nie jest skuteczny. Żaden nie będzie. Każda osoba, którą poznamy, ma na sobie datę ważności. Pech, że jej nie znamy. Czasem czujemy, że się zbliża. W większości przychodzi niespodziewanie. Dlatego warto czasem odpuścić.

Mówi to z taką pewnością, jakby w to wierzył, ale to cynizm. Wie, że słowa nie mają znaczenia, liczy się głos, którym zostały wypowiedziane. A ten żąda uwagi i podziwu. Żąda aby pięć palców upuściło szklankę i wbiło się w jego kark, złapało za szyję i odcięło dostęp powietrza. Mężczyzna, na przekór logice, zwrócony jest w stronę lewego ramienia, dźwiga ciężar i wydaje się być bezbronny na atak zza pleców, ze skórzanej kanapy, na której Chopin trwa nieco dłużej i mniej radośnie.

Oczy pełne lękliwej swobody błądzą po pokoju, wpatrują się w żółtawe światło ulicznych latarni przebijające się przez zasłony, a usta uparcie milczą. Nie potrafią zdecydować się kim mają być w tej chwili. Kusicielką. Zbrodniarką. Marzycielką. Nie wie co wybrać, więc jest wszystkim naraz. I gardzi. Gardzi sobą, za brak zdecydowania, gardzi nim, za pozory, które chce zachować, gardzi ciężarem na lewym ramieniu za nieproszoną szczerość, która rezonuje pośród granatowych ścian i ściska za gardło.

Mężczyzna również wygląda za okno, również widzi żółtą poświatę, czyniącą świat na moment czymś transcendentnym, jak mróz przenikającym swą prostotą do szpiku kości. W jednej chwili rozumie, że uwaga, za jaką nachyla się w stronę jednego ramienia to błąd i że jeśli nie spojrzy za siebie w tej oto chwili, jego szanse będą stracone. Walczy z sobą, patrzy na noski butów, wreszcie odwraca się, w oczach dostrzega tylko lęk, wyczuwa, że palce zaciskają się na szklance i nieco alkoholu wylewa się na podłogę. Na lewym ramieniu odczuwa nagle lekkość.

Noski butów świecą żółtym światłem.

Podłoga jest śliska, papieros – szorstki.

Kolejna nisza pojawia się w pionowych źrenicach, lista czernieje plamą w jednym miejscu, żeliwna klamka opada, a tam sznurek z dwoma pętelkami.

Krótkie pociągnięcie i leci w górę.

Do gwiazd.

Idą przy girlandach świateł niecierpliwych reflektorów. Bieżniki kół spijają wilgoć z jezdni i niosą ją gdzieś w mrok, brzmiąc jakby nie odjeżdżały, a zrywały się do lotu łopotem skrzydeł.

Milczą, bo przed chwilą powiedzieli sobie coś bardzo ważnego. Nieostrożny, sprowokowany chwilą mężczyzna wygadał się, że zależy mu na niej. Nie było wielkich słów. Nie było czułych wyznań. Tylko nieostrożność, którą ona wzięła za dobrą monetę. Złapała w dwa palce, rzuciła do góry, mruknęła do siebie ,,orzeł czy reszka?” Wypadł orzeł, więc doszła do wniosku, że to to, co sobie życzyła.

W jej oczach, coraz częściej oprócz lęku, można dostrzec politowanie. Dla samej siebie, za to, że znajduje przyjemność w rozmowach o cierpieniu. Czasem ma wrażenie, że to wyścig. Kto z większą pasją, z większą determinacją powie o nieszczęściach, które zjawiły się nieproszone. Niemal przekrzykują się nawzajem, bo w rzeczywistości nie rozumieją się.

Dla niej cierpienie to coś, co musi przeczekać. Morskie fale bijące o brzeg, piorun trzaskający w stuletnie drzewo, wylew rzeki, który z czasem użyźni glebę i sprawi, że ziarnko pszenicy, choć obumarłe, przyniesie podwójny owoc. Wie, że coś się kiedyś skończy i że coś się kiedyś zacznie. Jest jeszcze zbyt młoda, zbyt niedoświadczona, żeby pojąć groźbę wieczności.

Dla niego cierpienie to kara za coś, czego jeszcze o sobie nie wie. Za ignorancję, za brzydotę duszy, której nie potrafi dostrzec w lustrze, a której starannie wypatruje. Nie podejrzewa nawet, że jego pokuta jest zmyślona. Nie zdaje sobie sprawy, że pęd ku byciu nieszczęśliwym ostatecznie go unieszczęśliwi. Nie widzi jeszcze krzyża rzeźbionego gdzieś w ciemności, do którego sam się przybije.

Idą pod gwiaździstym niebem, obok samochodów niosących w sobie tyle różnych historii, że ich własna wydaje się niepozorna. We wnętrzach aut obitych skórzaną tapicerką toczą się rozmowy o dzieciach w szkołach, milionach na kącie, nadziejach na przyszłość. A oni?

Mężczyzna: ,,O filmach mógłbym rozmawiać cały czas. Ten temat się nie kończy. Jest tyle dobrych scen, tyle świetnych pomysłów, że każdy może znaleźć coś dla siebie. Jest jedna taka, która mnie wyjątkowo porusza. W filmie ,,Nostalgia” Tarkowskiego na samym końcu główny bohater stara się przenieść zapaloną świeczkę przez całą szerokość rzymskiego basenu. Jest w tym coś niewymownie pięknego. Jakaś tęsknota. Jakiś żal. Jakaś chęć bycia człowiekiem za wszelką cenę.”

Ona: ,,Brzmi jak prawdziwa sztuka”.

Mężczyzna: ,,O tak. Trudno ją przetłumaczyć. To wystarczający dowód.”

Ona: ,,A co jeśli jej nie zrozumiem?”

Mężczyzna: ,,Nie szkodzi. Mimo to spróbuję ją przetłumaczyć. Dla ciebie.”

Mówi to z wyrachowania, chce, aby poczuła względem niego dług wdzięczności. Musi przecież nagrzeszyć, by żyć życiem męczennika.

Gwiazdy świecą w górze, gdy mówi te słowa. Ona bierze je za dobrą monetę. Myśli, że ufa mu na tyle, by opowiedzieć o czymś, co wstrząsnęło ją, gdy jeszcze była dzieckiem. O wizycie w szpitalu, niefortunnym zbiegu okoliczności, chichocie losu, który sprawił, że widziała mężczyznę tuż po operacji, trzymającego się za żebra tryskające krwią z otwartych szwów. Czuje dreszcz przebiegający po plecach, wstyd, smutek ściskający za gardło, sprawiający, że ślizga się po słowach, jak tamten nieszczęśnik wtedy na krwi. Pamięta upadek, dźwięk mu towarzyszący, przerażenie ludzi i cień spowijający jej oczy, gdy wreszcie ten sam przypadek oddzielił ją od makabry murem ludzkich sylwetek spieszących na pomoc.

Mężczyzna nie wie co powiedzieć. Przytula ją i nagle zdaje sobie sprawę, że jej bezsilność wzbudza w nim pożądanie. Boi się przez to patrzeć na sznur samochodów, boi się patrzeć na gwiazdy; patrzy więc na noski swych butów.

Ale one znikają w ciemności.

Są tylko schody, śliskie i nieprzyjazne.

Są witraże w granatowym kolorze.

Jest papieros.

I jest też trzecia klamka, sznurek z trzema pętelkami i drżenie wyciągniętej ręki.

Wir, piruet, niezgrabny ruch tułowiem, dłoń przesuwająca się po plecach, chcąca złowić cichą okazję na śmielszy gest. Kamyczki pryskają spod stóp, uderzają w murek naprzeciwko, zderzają się z butami innych ludzi i nikną na otwartej przestrzeni karnawałowych cieni. Inni, ludzie z bezkresną ciemnością zamiast twarzy, trzymają w dłoniach plastikowe kubki, a pod pazuchą szklane butelki z przełamaną akcyzą. Obracają głowy szukając zbłąkanego promienia, który rozświetli choć na moment ich twarze. Najwięcej z nich dobiega z zielonego jak łąka parkietu pod girlandą świątecznych światełek i lampionów wysłanych wysoko w jadeitowe niebo. Są też rzadkie błyski jękliwego akordeonu i dłoń gitarzysty wygodnie rozłożona na strunach.

Oklaski, uśmiechy, szepty i krzyki toną w muzyce bez wołania o pomoc, więc tylko ruch warg w skocznej milisekundzie coś znaczy. Mężczyzna widzi, że ona stara mu się coś powiedzieć, ale by to zrozumieć niepotrzebne są słowa. Wystarczy błysk zębów pod językiem, ciało filuternie wygięte pod naporem dłoni, lęk w oczach zapominający o sobie. Namiętność błądzi w odnajdywaniu samej siebie, bo obok niej coraz więcej uczuć, które kiedyś ukłują go w bok, gdzieś pod żebrami tryskającymi krwią i wodą, ale teraz nie ma im tego za złe. Teraz uczucia tańczą jeszcze na parkiecie, a on z nią są tu, na sypkim kamieniu okalającym scenę, w ciemności, w głębi, w tle. Jak detale na płótnie, jak statyści w filmowym kadrze. Nic nie znaczą, bo są szczęśliwi.

Oboje będą jeszcze długo pamiętać tę chwilę. Oboje, już po wszystkim uświadomią sobie, że ze wszystkich niewypowiedzianych słów te tutaj były kluczowe. Dzięki nim będą w stanie otworzyć kolejne drzwi, a po nich następne i jeszcze jedne. Dzięki nim mężczyzna przestaje wpatrywać się w noski swych butów, naciska czwartą klamkę i wraca na przyjęcie w tym samym mieszkaniu o granatowych ścianach.

Stoi w kuchni wśród krzeseł, potraw i pustych butelek. Trzyma szklankę w połowie pustą, a w połowie szklącą się ginem z tonikiem. Twarze bezkresnej ciemności rozmawiają o polityce, zatem rozmawiają zniecierpliwione, rozdrażnione i pełne buntu, że ktoś ośmiela się myśleć w inny sposób. Pośrodku grupki świecą się nagle lękliwe oczy i z władczą swobodą zmieniają temat: stosunki damsko-męskie rozpychają się łokciami przez tłum działaczy partyjnych, z politowaniem słuchają przemówienia pana premiera i gdy ten robi krótką pauzę, by zaczerpnąć powietrza polaryzującego się nastrojem tłumu, zrzucają go z podium, wchodząc na jego miejsce.

Zamiast inteligentnej dyskusji pojawiają się ckliwe wspomnienia. Któraś z bezkresnych twarzy rzuca na stół kartę pierwszych spotkań. Chwil, gdy życie raźnym krokiem przeskakiwało z jednej ścieżki na drugą, wprawione w ruch przez męskie dłonie z żyłami przebijającymi się na powierzchnię skóry.

,,Poznałam mojego ukochanego pewnej letniej nocy. Wpadłam na niego wybiegając z przyjęcia na dwór. Była pełnia i nagle poczułam, że jeśli nie wrócę teraz, coś później będzie na mnie czekać. I już drogi nie znajdę. Nigdy. Zaproponował, że odwiezie mnie swoim samochodem i gdy mieliśmy ruszać okazało się, że zgubił jedną z soczewek kontaktowych. Nie wiedział jak. Ważne, że nie zraził się tym faktem, prosząc mnie, abym stała się jego oczyma. Miałam go prowadzić przez mrok.”

Westchnienie zachwytu wyrywa się z kobiecych piersi w kolorze tęsknoty. Historia może i jest banalna, ale jej prawdziwość zdaję się zaczarowywać ponury świat i żółte światło za oknem. Rzeczywistość wydaje się być studnią, źródłem, z którego czerpie się wedle uznania, w proporcjach nieprzemyślanych, lecz przypadkowych.

,,Mój były ukochany brzydził się stóp” - rzuca triumfująco właścicielka lękliwych oczu, obserwując z satysfakcją, jak na magicznym zwierciadle powstają pęknięcia. Kompromitując siebie, kompromituje wszystkich wierzących w atmosferę ostateczności: wieczora, po którym nic nie będzie; w którym można sobie powiedzieć wszystko. - ,,Jak boga kocham, uważał, że są obrzydliwe. Nawet jego. W ogóle nie patrzył w dół. Odczuwał wstręt.”

Mężczyzna opuszcza spojrzenie na noski butów, dowodzi, że jest inny. Nie szlachetny, nie wyjątkowy, ale normalny. Patrzy na nią i puszcza jej oko, czując ciężar na lewym ramieniu. Słyszy pytanie na swój temat. Przełyka ślinę, w której gin miesza się z krwią z przegryzionego języka. Odpowiada, nie spuszczając spojrzenia z lękliwych oczu, cedząc bezczelnie słowa, bo też chce być w centrum uwagi, czuć ciężar na całym ciele, nie tylko na lewym ramieniu.

- Miłość? Gdzie spotkałem miłość? Raz w kinie, po seansie filmu, na którym płakałem. Raz w uniwersytecie, po wykładzie, na którym spałem. Raz na przyjęciu, podczas którego nudziłem się za bardzo, żeby chcieć się upić, słuchając opowieści, o których nie będę jutro pamiętał.

Ciężar przelał się przez jego ciało, uderzył w głowę jak alkohol, a potem odszedł. Ludzie odwrócili od niego bezkresne twarze łowiąc pustkę za oknem. Jedna para oczu pozostała jednak niewzruszona. Spodobał jej się bezczelny wybieg, doceniła go, złapała w dłonie, nie wypuszczając z długich palców.

Mężczyzna stłumił uśmiech, spojrzał w dół na noski butów.

Wieża nagle zwęziła swe wąskie gardło, śliskie stopnie płynnie przeszły w matowe dębowe deski, a wąskie drzwiczki w boazerię na ścianach. Znalazł się w owalnym pokoju ze skórzaną kanapą i lampką nocną stojącą gdzieś przy ścianie. Na kanapie siedziała Ona, a na niej, na kolanach złączonych razem, siedział kot z listą siedmiu spraw czerniejących w słabym świetle żarówki. Kot patrzył na niego pionowymi źrenicami, kiwając ogonem na boki.

- Przyniesiesz świecę? - zapytała, wpatrując się w punkt za jego plecami, jak gdyby on sam był niewidoczny.

- Gdzie jesteśmy?

- Nie wiesz? - zapytała zaskoczona. - Przecież to takie proste.

Milczał przez chwilę zakłopotany, bo odpowiedź pojawiła się w głowie, gdy zadał pytanie. Dostarczył ją kot, ten sam, który użyczał mu oczu, który siedział na kolanach.

Znajdowali się wewnątrz wazonu słoneczników Van Gogha. To było oczywiste, jak dwa plus dwa. Stąd brał się granatowy kolor, który w rzeczywistości był pogodnym błękitem przefiltrowanym przez grube szkło naczynia. Nie znaleźli w jego wnętrzu łodyg, bo artysta ich nie namalował. Żyli w wydrążonej skorupie. Iluzji.

- Jak na księżycu. - ni to stwierdziła, ni to zapytała, przekrzywiając głowę. Żarówka świeciła. Kot patrzył. - Kochankowie z księżyca.

- Po co ci świeca?

- Bo dziś jest pełnia – odparła.

- Po co ci świeca?

- Przynieś. - rozkazała, a w oczach coś błysnęło. Kot odwrócił wzrok. Żarówka zaczęła się żarzyć. - Nakarm mnie.

Sięgnął do kieszeni, z której wyciągnął zapaloną świecę. Zrobił siedem kroków wprzód, zatrzymał się.

- Postaw ją tutaj – wskazała bliżej nieokreślony punkt w powietrzu. Usłuchał. Świeca zatrzymała się na wysokości jego piersi.

- Dlaczego nie spada? - nie rozumiał.

- Dzisiaj jest pełnia.

Milczeli. Kot zasnął. Żarówka zgasła na dobre. Niewielki płomyczek rzucał jedyne światło.

- Co teraz?

- Nakarm mnie.

Krąg światła zwęził się do jego tęczówek. Wziął ją za rękę. Zniknęli razem.

Mieszkanie nie ma już granatowych ścian. Nie ma ścian w ogóle. To ogromna polana spowita mleczną mgłą. Ludzie ustawiają się jeden za drugim, czekając na przyjazd pociągu. Nie ma torów, ale jest wizg maszyny i nawoływania konduktora. Mężczyzna biegnie przez niewidoczny peron rozpychając się łokciami. Przeklina rzeczywistość i swój los. Drży na ciele, jakby dostał gorączki. Szuka słoneczników, ciężaru na ramieniu i ginu z tonikiem, bo bez tego nie ma szans.

Upada.

Leży na ziemi, rozgarnia piach garściami i słyszy szum morza. Krzyk mew i jej ciepły oddech pod skórą płynący do serca z krwią. Liczy do dziesięciu, ale gubi się przy siódemce, przeklina ją i zaczyna od początku. Wreszcie poddaje się i już tylko dyszy. Już tylko płacze z bezsilności, z poczucia winy, ze strachu.

- To twoja wina. - mówi szeptem. Ludzie odwracają się, jakby nagle zrezygnowali z podróży i postanowili ustawić się w kolejce do niego.

- Mylisz się – mówi jeden.

- Błąd. - mówi drugi.

I tak dalej, i tak dalej. Każdy mówi coś podobnego, przekrzykując wizg zbliżającego się pociągu, który przecież nie zabierze nikogo, ani nikogo nie przywiezie.

Mężczyzna podrywa się i biegnie w kierunku, w którym wydaje mu się, że pienią się morskie fale. Rzuca się w głąb nich, ale natrafia na pustkę. Leci w dół, leci w głąb wieży, ale przecież wie, że to tak naprawdę wzrost ku wyższemu. Mgła ustępuje i okazuje się, że ona miała rację. Dziś jest pełnia. Jutro też będzie i tak jeszcze kilka dni, kilka miesięcy, kilka lat. Na księżycu nadrukowano parę liter, datę ważności, ale nie przeczyta jej teraz, bo za daleko.

Przeklina ją po raz kolejny, nabiera powietrza w płuca, nurkuje. Czas to zaledwie wymysł człowieka, więc mu się udaje. Wraca na powierzchnię i jest w wieży, a przed nim już ostatnie drzwiczki i sznurek z siedmioma supełkami.

- Gdzie byłeś? - pyta, ale sznurek nie odpowiada. Pociąga go, a noski butów lądują na znanej podłodze.

Drzwi trzaskają. Zimny wiatr chłodzi pot na twarzy. Mężczyzna tym razem odchodzi z mieszkania dobrowolnie. Dochodzi do wniosku, że wszystkie przygody nie warte są próby, wszelkie starania nie warte zachodu. On chce wrócić do domu.

Idzie przez noc, przemyka uliczkami mając oczy szeroko otwarte, jest ostrożny, lecz to nie wystarcza. Ktoś zaczepia go. Ktoś go przeklina. Ktoś łamie mu nos. Kotłuje się w nim gniew i żeby ochłonąć, zbacza ze znanej mu drogi. Rusza wzdłuż starych kamienic, wystawiając twarz do mdłego światła księżyca będącego w pełni. Potem widzi mur, kota, kościół, który w rzeczywistości jest tylko wieżą albo nawet wazonem.

Kto by to wiedział? Kto by zrozumiał?

Przecież listę ma tylko kot, a on jest śmiercią.

Końcem.

Mężczyzna kłania się z szacunkiem na jego widok.

Niebo jest jadeitowe, a on ma mnóstwo pytań. W tym jedno nie cierpiące zwłoki, które zada uświadomiwszy sobie, że jest możliwie, gdy głowa opiera się o kanapę, a pięć palców skazuje go na męczarnię:

 
Opinie
 
Facebook
 
  
4070 wyświetleń

numer 9/2017
2017-09-01

Od redakcji
Elektronika
Felieton
Historia
Literatura
Psychologia
Rozmaitości
Sztuka życia
Wakacje

nowyOlimp.net na Twitterze

nowy Olimp - internetowe czasopismo naukowe dla młodzieży.
Kolegium redakcyjne: gaja@nowyolimp.net; hefajstos@nowyolimp.net