Literatura 
 
Żadnych „ale”.
Część 2
Jakub Stępień
- No dobrze… - wypełnienie wymaganych pól zajęło Romkowi jakieś piętnaście sekund, jednak tuż przed postawieniem podpisu, zawahał się. - Jakiś problem? – spytał niewinnie terapeuta. -Nie, tylko… - -podczas pisania znów poczuł smród kadzidła i to wyraźniejszy, niż poprzednio. Coś mu w tym wszystkim nie pasowało… Ale za daleko zaszedłeś, żebyś się teraz wycofał podpowiadał mu zdrowy rozsądek. Biznesmen wiedział, że to prawda - … nieważne. - zdecydowanie przyłożył pióro do papieru, a następnie złożył zamaszysty podpis. Kiedy skończył, Mączek szybko zabrał dokument, po czym schował go z powrotem do szuflady. - No, skoro formalności mamy z głowy, to słucham… - złożył dłonie w piramidkę – Z czym pan do mnie przychodzi?

- Czy to musi być on? – zapytał, gładząc jej nagie udo.
- Musi… - z troską prze czesała jego blond loki.
- Dlaczego?
- Mówiłam ci…
- Ale nie wszystko… - stwierdził, delikatnie ją podszczypując.
- Ty naprawdę musisz „wszystko” wiedzieć, co? – zaśmiała się.
- Wszystko to może nie… - rzucił, przesuwając rękę trochę wyżej – Ale cokolwiek…
- Wiesz, że nie mogę ci powiedzieć… - wymruczała z udawanym rozczarowaniem – Zmiany, które musiałabym wprowadzić…
- Wiem, zdradziłyby mnie szybciej niż byśmy tego chcieli… - stęknął – To frustrujące.
Uderzyła go lekko w czoło.
- Parę dni życia w niewiedzy w zamian za wieczność przy kobiecie, która cię kocha, to chyba gra warta świeczki, prawda?
- Nie wiem… - mruknął, znajdując palcem najbardziej wrażliwy punkt na jej ciele – Ty mi powiedz.
Jęk rozkoszy wyraził więcej niż tysiąc słów.


Potocki rozpoczął swoją opowieść po kilku głębszych wdechach.

- Wszystko zaczęło się jakieś dwa miesiące temu… - z trudem przypominał sobie ułożoną zawczasu historię – Właśnie wprowadziłem się do kamienicy po generalnym remoncie… Urządziłem nawet takie kameralne przyjęcie dla znajomych, no parapetówkę… - zachichotał nerwowo – Właśnie na tej imprezie ją poznałem. Przedstawiła się jako Sara, sąsiadka z naprzeciwka… Przyniosła mi rododendrona w prezencie… - podrapał kark – Fajne nam się gadało, nie powiem… Nawet została po imprezie żeby pomóc mi posprzątać… Wypiliśmy trochę, a ona… Była bardzo ładna i bardzo, eee… - zaczerwienił się -… łatwa. Zanim się obejrzałem, wylądowaliśmy w łóżku.
- Straszne… - burknął gnojek.

Mączek zmarszczył brwi.

- Proszę kontynuować. – rzekł poważnie.

Roman potarł czoło.

- Kiedy się obudziłem, jej już nie było. Za to ja przez dobre pół godziny nie mogłem złapać oddechu… – odkaszlnął – Wie pan, doktorze, początkowo mnie to nie zdziwiło. Na imprezie trochę wypiłem, a w łóżku… - policzki paliły go żywym ogniem – W łóżku też się nie oszczędzałem.

Psychoanalityk zachował kamienną twarz, ale nastolatek wyglądał jakby za chwile miał pęknąć ze śmiechu.

Dupek.

- Nie zostawiła numeru telefonu, ani żadnej wiadomości, więc uznałem, że to była tylko jednorazowa przygoda… - deweloper wznowił przerwaną opowieść – I się z tym pogodziłem.
- Ale niepotrzebnie, jak mniemam… - po raz pierwszy wtrącił Mączek.

Romek pokiwał głową.

- Przyszła do mnie tego samego wieczora… Już miałem się kłaść spać, kiedy usłyszałem dzwonek do drzwi… - rozmarzył się – Wyglądała jeszcze piękniej niż poprzedniego dnia. Nie powiedziała nic, tylko mnie pocałowała… No i…
- Wrócili państwo do łóżka… - rzucił doktor pocieszającym tonem – Co było dalej?

Zakłopotany Potocki potarł kark.

- Rano cała sytuacja się powtórzyła. Znowu jej nie było, znowu nie mogłem oddychać i znowu nie miałem z nią kontaktu do wieczora.

Grubas westchnął.

- I jak często się to zdarzało?

Młody biznesmen poczuł, że znów pąsowieje.

- Cztery, pięć razy w tygodniu przez półtora miesiąca… Ten sam schemat… - opuścił wzrok, nie mogąc zdobyć się na spojrzenie w różnokolorowe oczy – Przychodziła, kochaliśmy się, a rano znikała.
- Czy pomiędzy stosunkami rozmawialiście ze sobą? – ton głosu Mączka był spokojny i rzeczowy, prawdziwie profesjonalny.
- Niezbyt… - przyznał Roman – Ona wolała… - zawahał się z zażenowaniem – Wolała działać niż mówić. Przekonywałem ją, żeby została, ale ona nie chciała się na to zgodzić… Mówiła, że taki układ jej odpowiada… Nie chciała komplikować spraw.
- Rozumiem… - doktor nachylił się w stronę rozmówcy – Proszę mi wybaczyć zawodowy sceptycyzm, lecz brak zaangażowania to jeszcze nie powód, żeby wierzyć, że pański dom jest nawiedzany przez jakiegoś ducha… Obecnie wielu kobietom odpowiada związek bez zobowiązań.
- A nam wystarczy seks. – dopowiedział gówniarz z obleśnym wyrazem twarzy.

„A co ty możesz wiedzieć o seksie, pulchny prawiczku?” pomyślał zdenerwowany Potocki.

- Więcej, niż ci się wydaje, bogaty gogusiu… - dzieciak podniósł się z miejsca.
- Dosyć. – rzucił twardo Mączek. Chłopak umilkł posłusznie, choć wyraz jego twarzy zdradzał, że prędko tej uwagi nie zapomni.

Psychoanalityk tymczasem ponaglił klienta gestem.

- Panie Romku, proszę kontynuować.

Deweloper poprawił odklejający się plaster.

- Początkowo, rzeczywiście, myślałem, że to jedna z tych kobiet, o których pan doktor przed chwilą wspominał… - przyznał niechętnie – Ale nie rozumiałem dlaczego Sara znika, zanim się obudzę… Podejrzewałem, że kradła, ale ani razu nic mi nie zginęło… Nic!
- Chciałbyś, żeby to było nic… - usłyszał szept nastolatka. Tym razem postanowił go zignorować. Zamiast jakiegoś złośliwego komentarza, wyszeptał jednym tchem.
- Kiedy próbowałem ją o to zapytać, ona… ona… No… - nie zdołał dokończyć. Wstyd po raz kolejny wziął górę.
- Miała swoje sposoby, by skierować pana myśli na inne tory. – dokończył za niego doktor.
- Tak, tak… - sapnął z ulgą przepytywany – I proszę mi wierzyć… Robiła to naprawdę, naprawdę skutecznie… - zachichotał nerwowo. Widząc brak jakiejkolwiek reakcji ze strony rozmówcy, kontynuował – Po wszystkim byłem tak zmęczony, że zawsze usypiałem… Zawsze. Zwyczajnie nie dawałem rady.
- Co tylko wzmocniło pańskie podejrzenia…
- No tak… - westchnął blondyn z rosnącym zażenowaniem – Sara… Sara była coraz bardziej zachłanna. Nie pozwalała mi nawet porządnie odpocząć… Chciała więcej i więcej i jakimś cudem zawsze potrafiła to osiągnąć. A ja… - bąknął, już niemal płaczliwie – … ja byłem coraz słabszy. W ciągu trzech tygodni straciłem na wadze pięć kilo… Spałem też coraz gorzej, a poranne duszności zrobiły się nie do zniesienia. Lekarz powiedział mi, że cierpię na ciężki przypadek anemii… Anemii! Tak nagle, znikąd!

Romek rozłożył bezradnie ręce, wpatrując się błagalnie w pyzatą twarz psychoanalityka.

Mączek nie wyglądał na zdziwionego.

- Co pana ostatecznie przekonało, żeby mnie znaleźć? – zapytał spokojnie, zerkając na Igora.

Ten ledwie dostrzegalnie skinął głową.

- Postanowiłem ją przechytrzyć… - Romek przełknął ślinę – Najpierw wypytałem o nią sąsiadów z naprzeciwka. Okazało, się, że jedyna Sara, jaka kiedykolwiek tam mieszkała, zmarła dwadzieścia pięć lat wcześniej! – krzyknął, ale zaraz się uspokoił – A to nie wszystko… Jakiś tydzień temu założyłem w domu monitoring…
- Zboczeniec… - zarechotał gnojek.

Spierdalaj.

- … żeby sprawdzić, co ona robi, jak już usnę… - sprostował natychmiast deweloper – I wie, pan, co się okazało?
- Tak? - Na nagraniu widać tylko mnie… - jęknął, a potem ukrył twarz w dłoniach – TYLKO mnie. Widać, jak gadam do kogoś, jak go obejmuję, jak się rozbieram i jak… jak… O Boże… - zaszlochał – Ale to niemożliwe… Przecież ja ją widziałem, ja ją czułem… To nie może być moje urojenie… Błagam, niech pan coś powie…

Henryk po raz kolejny uśmiechnął się niczym Święty Mikołaj z reklamy Coca-Coli.

- Po pierwsze, proszę się tak nie martwić. Po drugie, żadnych „ale”, panie Romku… A po trzecie… - popukał palcem w blat biurka - Wierzę panu.


Kajdanki trzeszczały metalicznie, za każdym razem, kiedy próbował zmienić pozycję.
- Naprawdę cię to kręci? – spytał, walcząc z kurczem w prawej ręce.
- Żebyś jeszcze wiedział, jak bardzo… - pogładziła go skórzanym rzemykiem po nagiej piersi.
Tego dnia miała na sobie obcisły gorset z czarnego lateksu, komponujące się z nim kabaretki i buty na niedorzecznie wysokim obcasie.
Na głowę założyła kapelusz stylizowany na furażerkę oficera Wermachtu.
W prawej dłoni trzymała nóż, palce lewej zaciskając na krótkim pejczu, którym wodziła po jego ciele.
- Wolę cię nagą. – oznajmił, nieco przestraszony.
- A ja wolę, jak siedzisz cicho! – smagnęła go w udo.
Syknął z bólu.
- Jeśli będziesz niegrzeczny, twoja Fraulein będzie musiała cię ukarać… - stanęła przed nim w rozkroku. Z jakiegoś powodu jej zdecydowany ton strasznie go podniecił.
- A jak mnie ukarzesz? – zapytał zadziornie…
- Na początek poprawię tę ranę na skroni… A gdy skończę… - przerwała, by powoli oblizać ostrze noża – Spiorę porządnie ten twój jędrny tyłeczek…
Westchnął.
- A jeśli będę grzeczny?
Zachichotała.
- Jeśli będziesz grzeczny, to obejdzie się bez prana kuperka… - oparła ręce na biodrach – I zamiast tego sprawdzę, na co stać twój Wurst, meine Liebe.
- W takim razie, rób co musisz, Freulein. – jęknął –Rób, co musisz.

- Poważnie, wierzy mi pan?
- Oczywiście, że tak. - doktor wyciągnął przed siebie rękę – Początkowo myślałem, że to tylko pogłębiająca się psychoza wynikająca z dziecięcej neurozy i nieodwracalnych dysfunkcji seksualnych, którymi niewątpliwie jest pan dotknięty. Tylko?

- Pocieszyłeś go, doktorku… - rzucił rozbawiony Igor.
- I pewnie miałbym rację, gdyby nie to. – kompletnie ignorując uwagę podopiecznego, psychoanalityk wskazał palcem czoło Romka – Od jak dawna ma pan tę ranę? Potocki machinalnie dotknął plastra.
- Bo ja wiem, od kilku tygodni… - stęknął – Nie chce mi się zagoić.

{i O co chodzi tym razem

Mączek wrócił do swojej poprzedniej pozycji.

- Czy podczas waszych… uciech, zdarzało się, że Sara pana podduszała?

Romek nie wierzył własnym uszom.

- Przepraszam…? - Czy bawiliście się w podduszenie? Taki fetysz. Ręką, paskiem… - powtórzył terapeuta tym samym profesjonalnym tonem – Czymkolwiek. Nieważne jak… Ważne, czy?

Twarz biznesmena przywodziła na myśl dojrzałego pomidora.

- Od czasu do czasu lubiła siadać mi na piersi i… ściskać szyję rękoma. –każdym atomem swojego ciała pragnął stać się niewidzialnym – Mówiła, że… Mówiła…

Ku jego przemożnemu zaskoczeniu, Męczek uśmiechnął się szeroko.

- Nieważne! Grunt, że mamy odpowiedź.

Mamy?

- Oczywiście, że tak… - warknął dzieciak – To chyba proste, no nie?

Strach ustąpił miejsca irytacji.

- Nie dla wszystkich, ty mały, żałosny, czytający w myślach skurwibąku! – ryknął, głośniej niż zamierzał.

Zdenerwowany nastolatek zerwał się z łóżka z rozcapierzonymi rękoma, wokół których zawirowały zygzaki wściekle czerwonego świata.

- Podnieś na mnie głos jeszcze raz ty tępy, bogaty gnoju, a przysięgam, wszyję w zwoje twojej pamięci takie wizje, że nie uśniesz do końca życia!
- DOŚĆ! – Mączek po raz pierwszy wstał z fotela. Mimo swoich gabarytów zrobił to błyskawicznie.

Okazał się znacznie wyższy, niż myślał Romek, a bez dobrotliwego uśmieszku i z wyciągniętą we władczym geście masywną dłonią wyglądał naprawdę groźnie. Biła od niego nienaturalna siła, coś, czego wcześniej nie dało się wyczuć. Było to tak namacalne, że młodemu biznesmenowi włos zjeżył się na karku.

– Albo się uspokoisz… - oznajmił gniewnie -… albo stąd wyjdziesz…

Igor przypatrywał mu się przez chwilę w milczeniu. Wreszcie odetchnął. 17 - Sorry, doktorku… Poniosło mnie. – powiedział cicho, rozpraszając świetliste smugi szybkimi ruchami dłoni.
- Pan też niech się uspokoi, panie Potocki. – dodał psychoanalityk, wracając na skórzane siedzisko
– Zaraz się pan wszystkiego dowie. Cierpliwości, dobrze?
- Dobrze… - deweloper potarł ciężkie powieki – Przepraszam.

Ciebie nie, chujku.

Chłopak nie odpowiedział na zaczepkę.

- W takim razie przejdźmy do rzeczy. – psychoanalityk wrócił do tonu dobrotliwego wujka To, co pana nęka, ta cała „Sara”, to nie wytwór pańskich dewiacyjnych fantazji, a zwykła zmora.

Ta nazwa absolutnie nic nie mówiła Potockiemu.

- Zmora?

Doktor delikatnie przekrzywił głowę.

- Zna pan powiedzenie „Sen mara, Bóg wiara”?
- Oczywiście.
- Wzięło się właśnie z powodu działania zmór… - ręce terapeuty ponownie ułożyły się w piramidkę – „Mara”, podobnie jak „strzyga”, albo „lamia”, to po prostu inna nazwa zmory…
- No dobrze… - deweloper czuł się jak w pierwszej klasie podstawówki - A czym jest ta cała zmora?

Mączek zaśmiał się krótko.

- No tak, etymologia nazwy tego stworzenia nie jest w pańskim wypadku najważniejsza… - odetchnął – „Zmorami” ludy słowiańskie zwykły określać skarlałe dusze grzesznych kobiet, które po śmierci nie zaznały słodyczy odkupienia.
- To jest… bardzo poetyckie. – przyznał biznesmen – Ale chyba niemożliwe… - przygryzł wargę - Przecież po śmierci dusze idą do Nieba, ewentualnie Czyśćca, albo piekła, prawda?
- Zasadniczo tak… - odparł Henryk – Ale czasem zdarza się, że dusza wybiera wieczną tułaczkę, tu na Ziemi. Zwłaszcza, jeżeli realna szansa, że trafi do piekła. Nawet ewentualnie. - O czym wie każdy, kto przeczytał „Dziady”… - prychnął Igor.
- … Albo jakąkolwiek inną balladę romantyczną. – dodał pojednawczo psychoanalityk – Twórcy epoki romantyzmu, jak na fanów okultystycznych rytuałów przystało, mieli częsty kontakt z takimi duszami… - odkaszlnął - Wracając do spraw istotnych… Ta wieczna tułaczka po Ziemi wcale nie jest mniejszą karą, o nie, nie… - pokręcił smutno głową - … Nie dość, że cierpią z powodu trapiącego ich poczucia winy, to dodatkową karą jest stan zawieszenia, w jakim się znalazły.
- Stan zawieszenia?
- Te dusze nie należą już do naszego świata… - wyjaśnił Mączek - Nie mogą na niego wpłynąć, nie mogą się skontaktować z pozostałymi przy życiu bliskimi, mogą tylko obserwować…

Potocki spojrzał na niego z niedowierzaniem.

- To jakim cudem ta „zmora” się ze mną… No wie pan… Jakim cudem miała ze mną kontakt?

Doktor popukał palcem w blat biurka.

- Panie Romku, wkraczamy tutaj w obszar najbardziej wysublimowanych dziedzin magii, równie skomplikowanych co manipulacja czasem, czy… bo ja wiem, zaklęcia fałszywej rzeczywistości. – odetchnął - Nawet nie może pan sobie wyobrazić, jak ciężko wyjaśnić laikowi istotę i sposób działania granic sferycznych, dlatego posłużę się maksymalnymi uproszczeniami. - zmarszczył brwi, zastanawiając się przez chwilę – Bariera oddzielająca świat duchów od świata żywych to bardzo delikatna struktura, przypominająca ludzki układ odpornościowy… I tak, jak nasz układ odpornościowy ma słabsze momenty, tak bariera astralna ma słabsze punkty, które, na potrzeby naszej rzeczywistości, trzeba rozpatrywać w aspekcie czasowym…
- Doktorku, trzy procent… - wtrącił dzieciak – Jeszcze chwila i twoje przemówienie nie będzie w ogóle potrzebne…
- No dobrze, już,, już…- sapnął – Chodzi o to, że bariera jest słabsza w niektórych okresach roku… Na przykład w Wigilię Bożego Narodzenia, Sylwestra, albo…

Wszystkich Świętych. Pomyślał Romek No tak, to by miało sens…

- Chyba zaczaił, doktorku… - mruknął nastolatek z wyraźną niechęcią – Do rzeczy.

Uradowany terapeuta skinął głową.

- Dusze, którym w takich dniach uda znaleźć się wyrwę w barierze, przedostają się do naszego świata. Jednak przejściu towarzyszy ogromny, niewyobrażalny ból… - westchnął – Śmierć, co prawda jest bezbolesna, ale ponowna materializacja to zupełnie inna sprawa… Cierpienie jest tak wielkie, że te zagubione biedaki doszczętnie tracą rozum… A ich powłoki przybierają, okropne, wynaturzone kształty…

Wynaturzone?!

- Jakie okropne kształty?! - bogacz krzykiem przerwał tyradę rozmówcy –Sara była normalną dziewczyną. Bardzo ładną i…
- … i pojawiającą się po zachodzie słońca. W nocy upiory korzystają z lunarnych miraży. – czyste okulary wylądowały z powrotem na bulwiastym nosie - Bardzo prostej, ale skutecznej formy ukrycia swojej prawdziwej postaci.

O Jezu…

- Czyli co?

Tym razem odpowiedział dzieciak.

- Czyli zostałeś zahipnotyzowany i wyruchany przez skrzyżowanie topielca z wyliniałą małpą, bogaty gogusiu!
- Ma… Małpą? - oniemiały blondyn przeniósł spojrzenie z chłopaka na Henryka, który potwierdził wypowiedź nastolatka niechętnym skinieniem głowy.
- Nie tyle zahipnotyzowany, co raczej zwiedziony księżycową ułudą, ale tak, zjawa, która się panu trafiła…
- Ale dlaczego mnie?!– jęknął blondyn - Co ja mam z tym wspólnego?!
- Igorze… - szepnął psychoanalityk.
- No wreszcie! - chłopak ochoczo włączył się do rozmowy. – Padło na ciebie, blondasku, bo kupiłeś kamienicę… - burknął, odwracając laptopa.

Ekran zajmowała strona internetowa archiwum jednego z miejskich tygodników.

- Poznajesz? – spytał gnojek, wskazując palcem zdjęcie młodej, uśmiechniętej dziewczyny, umieszczone tuż pod krzykliwym nagłówkiem .
- I tak, i nie… - przyznał przerażony Romek.

Chociaż uderzającego podobieństwa nijak nie można było jej odmówić, nieznajoma na zdjęciu była ledwie bladym odbiciem jego Sary… Zupełnie zwyczajnym, pozbawionym drapieżnego pazura odbiciem…

- Co… co się z nią stało? – zapytał, wbrew sobie. Czuł, że wcale nie chce wiedzieć.
- Z tego, co tu napisali, popełniła widowiskowe samobójstwo… - mruknął dzieciak – W środku dnia weszła na dach kamienicy, wylała na siebie cały baniak benzyny, a potem się podpaliła … I to na oczach sąsiadów.

O Boże…

- Wiadomo, dlaczego to zrobiła? – wtrącił terapeuta.

Igor pokręcił głową.

- Nie… Sąsiedzi coś tam gadali, że była w sekcie, ale policja nic nie znalazła, więc dali sobie spokój z drążeniem tematu. – zacmokał –A, że nie zostawiła żadnego listu, z nikim się nie pożegnała i tak dalej, to powiedzieli, że dziewczynie po prostu odwaliło… Mogę szukać dalej…
- Chyba nie będzie potrzeby… - Mączek zerknął na klienta – Prawda panie Romku?
- Nie zostawiła listu… To zagranie akurat w jej stylu… - przyznał Potocki, siląc się na pozbawiony wesołości uśmiech –Ale nadal nie rozumiem, co ja mam z tym wszystkim wspólnego…
- Po pojęciu decyzji o pozostaniu pomiędzy tym życiem, a tamtym, skarlałe dusze zwykle trzymają się miejsc, które zamieszkiwały za życia… - doktor złożył ręce w piramidkę– Chodzi o zachowanie pewnej namiastki dawnego życia, nawet jeżeli wiąże się z dodatkowym cierpieniem… I nie mówię tu tylko o obserwowaniu bliskich… - zmarszczył brwi – Chociaż nie czują głodu, dusze trawi pragnienie życia… Bardzo silna tęsknota za obcowaniem z innymi…- przerwał, żeby wziąć oddech.
- Chce pan powiedzieć, że wybrała mnie, bo potrzebowała kogoś, z kim chce się przespać?! – Potocki nie mógł w to wszystko uwierzyć.
- I tak i nie… - Mączek położył brodę na splecionych palcach –Na pewno ciężko to panu zrozumieć, ale dusze powracające do świata nie myślą tak, jak my… - zamrugał gwałtownie - Nie kierują się racjonalnością, zdrowym rozsądkiem, czy moralnością… Ich zachowaniami sterują pierwotne instynkty, które potęguje jeszcze ból towarzyszący powrotowi do realnego świata… - Roman chciał wtrącić, ale doktor powstrzymał go gwałtownym machnięciem dłoni
– Owszem, mówią i zachowują się jak ludzie, ale nimi nie są. Przede wszystkim łakną, jak najbardziej wyposzczone ze zwierząt… - westchnął – Legendy wszystkich narodów, czy to europejskich, czy azjatyckich, czy nawet Indian z obu Ameryk, mające tyle podtekstów seksualnych, wcale się nie mylą. – zmrużył powieki –A dlaczego padło na pana? To chyba logiczne… - uśmiechnął się pod wąsem – Jest pan pierwszym mężczyzną od ćwierćwiecza, który postawił stopę na, że się tak wyrażę, jej ziemi.

Nie… Nie jestem…

- A grupy remontujące? – dociekał Potocki. - Sam mówiłeś, że wszystko zaczęło się niecałe dwa miesiące temu… Czyli chyba już po zakończeniu remontu, no nie? - zauważył nastolatek - Wcześniej pewnie była „po drugiej stronie” .

Roman pokiwał głową.

- No dobra, powiedzmy, że to wszystko ma jakiś tam sens. – wypuścił głośno powietrze przez nos
- Tylko, że… - nagle wpadło mu do głowy – Powiedział pan, że przekonała pana moje skaleczenie. Dlaczego?

Terapeuta zdjął z nosa okulary.

- Ta rana to praktycznie podpis mary… - zaczął przecierać szkła - Zmora, podobnie, jak inne postaci skarlałych dusz, musi się czymś odżywiać… Jeśli tego nie zrobi, powróci tam, skąd przyszła. Krew to życie… - pokiwał głową - Na pana szczęście nie potrzebuje tej krwi wiele, dlatego zadowala się dawkami z pańskiej skroni.

O Boże…

- No i co ja mam zrobić? – zapytał przerażony deweloper.
- Znalazł pan mnie, czyli najważniejszy krok już pan postawił. Teraz wystarczy zaprowadzić nas do swojego domu. – zachichotał doktor.
- Czyli pomoże mi pan?
–Oczywiście. Obiecuję. – grubas zamrugał gwałtownie -Na szczęście pozbycie się zmory nie jest specjalnie wymagającym zadaniem… - przeniósł spojrzenie różnokolorowych oczu na uśmiechniętego Igora.
- Zestaw numer trzy? – spytał dzieciak.

Okulary wylądowały z powrotem na bulwiastym nosie.

- Zestaw numer trzy.

Uradowany nastolatek zerwał się dziarsko z wersalki i wybiegł z gabinetu.

Psychoanalityk odprowadził go wzrokiem.

- Proszę mu wybaczyć jego zachowanie… - mruknął, kiedy został sam na sam z klientem – W głębi duszy to dobry chłopak… I bardzo utalentowany Widzący…
- Widzący?

Mączek pokiwał głową.

- Osoba obdarzona nieograniczonym ka… Bardzo specyficznym rodzajem energii potrzebnym do wykonywania zawodu taki jak mój… – wyjaśnił rzeczowo – Ktoś taki rodzi się raz na sto, sto pięćdziesiąt lat. Przy nim nawet najpotężniejszy mistrz wychodzi na amatora… - uśmiechnął się - Ten „mój Widzący” ma dopiero szesnaście lat, a już wyczynia cuda, o których ja nie mógłbym nawet pomarzyć… Wiedziałby pan, o czym mówię, gdyby doświadczył kiedyś jednego z jego fenomenalnych czarów fałszywej rzeczywistości… Jednak z drugiej strony… – cmoknął z troską - To nadal nastolatek. Może bywa zbyt krnąbrny i zagubiony, ale który z nas nie był taki w jego wieku?

Krnąbrny i zagubiony kawał dupka.

- Od dawna pan się nim opiekuje? – zagadnął Romek, bardziej z grzeczności niż ciekawości.
- Od siedmiu lat… - Mączek poprawił sweter - Od tragedii, po której objawiły się jego zdolności…
- Myślałem, że nauka waszej… eee… profesji zaczyna się, kiedy dzieci mają jedenaście lat. - bąknął blondyn – I chodzi się, bo ja wiem, do jakiejś szkoły.

Henryk wybuchnął szczerym, prostodusznym śmiechem.

- Takie są skutki czytania Harry’ego Pottera, proszę pana… - oznajmił pomiędzy napadami wesołości – Mamy takie branżowe powiedzenie, że nawet „Młot na czarownice” nie wyrządził nam takiej krzywdy jak Rowling. Przez nią doszło do całkowitego zeświecczenia sztuk tajemnych. – dyskretnie otarł usta kantem dłoni –Sprowadziła formę sztuki do poziomu festyniarskiego wymachiwania kawałkiem patyka…

Chciał powiedzieć coś jeszcze, ale do pokoju wbiegł Igor, z pokaźnym neseserem ściskanym pod pachą.

- Widziałem, że gość ma duży dom, więc wziąłem trochę więcej świec. – oznajmił głośno.

Romkowi wyjątkowo nie przypadło do gustu słowo „widziałem”.

- Dobra robota… - doktor przeniósł wzrok z podopiecznego na klienta.
- Gotowy?

Romek wstał natychmiast.

- Jak najbardziej. – wyciągnął z kieszeni kluczyki do Audi – Pojedziemy moim?

Pytani zachichotali głośno.

- Za długo nam zejdzie… - terapeuta podniósłszy się dziarsko z fotela i obszedł pośpiesznie biurko - A mamy przed sobą jeszcze masę przygotowań. – przystanął na dywanie, pomiędzy rzeźbionym sekretarzykiem, a jednym z regałów.
- Dlatego to my podrzucimy ciebie… - dodał dzieciak.

Niby czym? Latającym dywanem?

- Dywany wyszły z mody w latach siedemdziesiątych… - prychnął nastolatek – Twoja nieumarła dziewczyna ci o tym nie powiedziała?

Romek powstrzymał się od komentarza.

- Proszę dać mi chwilę… Przejdziemy Skrótem… - wyjaśnił lakonicznie Mączek, po czym, złożywszy ręce, jak do modlitwy, zaczął szeptać w niezrozumiałym języku. Ku zaskoczeniu Potockiego, po jakichś dwudziestu sekundach, wokół dłoni o serdelkowatych palcach zatańczyły jaskrawe iskry.
- O Boże… - nabożny szept wyrwał się z piersi urzeczonego blondyna.
- Cicho! – syknął Igor, niespodziewanie napiętym tonem – Doktorek musi się skupić.

W takt melodyjnych słów terapeuty, drobne ogniki zostały wyparte przez smugi złotego ognia. Kiedy jasne płomyki utworzyły wokół dłoni szczelny kokon, Mączek, nie przerywając recytacji, bardzo powoli rozłożył ręce. Złociste płomienie zareagowały na ten gest spłynięciem do przestrzeni pomiędzy wewnętrznymi częściami dłoni, gdzie uformowały się w coś na kształt niewielkiego walca.

- No, teraz z górki… - nastolatek z ulgą skrzyżował ręce na piersi.

Roman uznał przerwanie ciszy za pozwolenie.

- Ten język… To hebrajski? – zagadnął cicho.

Dzieciak spojrzał niego z zaskoczeniem.

- Zlepek aramejskiego i wczesnego hebrajskiego… - wyjaśnił – Sposób inkantacji rozpropagował Melchizedek, ale pierwsze instrukcje przejścia Skrótem pochodzą podobno jeszcze sprzed czasów Abrahama.

Jasna cholera…

- A ten cały skrót…– deweloper podrapał potylicę - Co to w ogóle jest?

Dzieciak milczał tak długo, aż Potocki stracił nadzieję, że w ogóle się odezwie.

- To zaklęcie otwarcia furtki wewnątrz rzeczywistości. – powiedział niespodziewanie, nie odrywając spojrzenia od swojego mentora – Też to ogarnąłem. Nada się… - pokiwał głową z miną znawcy - Chociaż nie jest tak silny jak Salomonowy Portal z Lemegetonu, którego JESZCZE…. – podkreślił głośniej– …nie umiem… Tamten to akurat popisowy numer doktorka… - wyraźnie się rozkręcił –To coś... – pokazał palcem jaskrawą łunę - Potrafi przenieść cię w dowolne miejsce na świecie… Jasne, jest użyteczny, ale przy Portalu Salomona mięknie każda rura…

Co on pierdoli?

- Nic nie pierdolę, gogusiu… - żachnął się dzieciak - Portal Salomona daje ci dostęp do każdego miejsca w Dziewięciu Wymiarach… Atlantyda, Shangri-La, Rynek Cudów, nawet nasze Niebo… Na sam dół też cię zaprowadzi, jak jesteś na tyle głupi, żeby tego chcieć. – gnojek wyszczerzył odrutowane zęby - Zajebiście potężna magia… - spojrzał Romkowi prosto w oczy –Wiesz, taki zaklęciowy Hulk.

Hulk?

- O rany… - jęknął gówniarz – Człowieku, skąd tyś się urwał, co? - spytał z niedowierzaniem -Hulk? Avengers? Marvel? Komiks? Czytanie? – kręcił głową z coraz większą dezaprobatą – Nadążasz w ogóle?!

Nim biznesmen zdążył wpaść na odpowiednio zgryźliwy komentarz, usłyszał głos Mączka. - Panie Romku, proszę tu podejść z łaski swojej. Możemy zaczynać.

O cholera.

Na wysokości okazałej piersi doktora, w miejscu, gdzie jeszcze przed chwilą gromadziły się złociste języki ognia, lewitowała najdziwniejsza klamka jaką kiedykolwiek widział Potocki. Falisty uchwyt, jakby wyrzeźbiony ze sztaby szczerego złota, ozdobiony misternym, kwietnym, ornamentem, płonął delikatnym, żółtym blaskiem.

Nie mogąc oderwać wzroku od drogocennego przedmiotu, przedsiębiorca podszedł szybko do wzywającego.

- Proszę położyć dłoń na klamce. – poradził cicho psychoanalityk.

Potocki bez słowa wypełnił kolejne polecenie. Fosforyzujące złoto okazało się zaskakująco ciepłe w dotyku. Blondyn wyczuł pod palcami delikatne wibracje, co parę sekund przebiegające przez całą długość złotego uchwytu.

- Nie… Niesamowite… - wyszeptał z zachwytem.
- Zanim pan ją naciśnie… – wyszeptał tłuścioch wprost do ucha klienta - Proszę pomyśleć o przedpokoju swojej kamienicy.
- D..dobrze… - wyjąkał blondyn, natychmiast skupiając myśli na wybranym pomieszczeniu.
- Gotowy?

Żółte ściany, kafelki na podłodze i zabawna wycieraczka…

- Tak myślę. – ze strachu zamknął oczy.
- No, to już!

Kiedy tylko naparł na klamkę, otoczyło go wściekle żółte światło, tak intensywne, że bez trudu przebiło się przez zaciśnięte powieki.

Sama podróż potrwała niecałe pięć sekund. Deweloper zapamiętał z niej tylko huk, nieprzyjemne ssanie w żołądku i uczucie, jakby nieustannie przechodził przez cienką taflę letniej wody.

- Może pan już otworzyć oczy. – usłyszał zza pleców głos psychoanalityka.

Odważywszy się wypełnić tę komendę, zdał sobie sprawę, że nie znajduje się już w gabinecie doktora.

- To ma być ta zabawna wycieraczka? – parsknął stojący obok niego Igor – „- Po co śli budowlańcy? Potocki. Zakopane 2005”?
- Dobra robota! – doktor delikatnie klepnął go w bark – Łatwiejszą część mamy z głowy.

Wspaniale.

 
Opinie
 
Facebook
 
  
28290 wyświetleń

numer 11-12/2017
2017-12-10

Od redakcji
Aktualności
Fizyka
Historia
Kącik poezji
Literatura
Matematyka
Polityka
Psychologia
Rozmaitości
Teorie spiskowe
Zrób to sam

nowyOlimp.net na Twitterze

nowy Olimp - internetowe czasopismo naukowe dla młodzieży.
Kolegium redakcyjne: gaja@nowyolimp.net; hefajstos@nowyolimp.net